Strona ta wykorzystuje pliki cookies w celu realizacji swoich usług i funkcji zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz samodzielnie dostosować warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

środa, 3 lutego 2016

I co z tego!


O tym jak wielkie znaczenie ma nasze usposobienie chyba nie muszę przekonywać :). Widzę to na co dzień. Kiedy dopada mnie chandra szarzeję nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Taki nastrój sprzyja spadkowi odporności i w najlepszym wypadku przeziębieniom. O wpływie nastroju na układ odpornościowy pisałam tutaj. Natomiast kiedy czuję wewnętrzną radość, miłość, to jaśnieję, pięknieję i młodnieję. Wciąż czuję się na 20+ i myślę, że w dużej mierze właśnie dzięki temu wyglądam młodo, choć rocznikowo mam 34 lata. Wciąż utrzymuję, że 2 lata temu skończyłam studia, choć w tym roku zapraszają mnie na 10-cio lecie :). Ale te daty są nie ważne. Ważne, jak czuję się w środku, bo tak właśnie będzie reagowało moje ciało. Jeśli będę marudzić na siebie, swoje życie, wygląd czy wiek, to moja mina i całe ciało będą takie skwaszone czy skrzywione. Pewnie, że zawsze można by się do czegoś przyczepić, ale po co? Piękno jest rzeczą względną i indywidualną. Ale z pewnością pięknu sprzyja radosne nastawienie emanujące z wnętrza. Wtedy taka osoba, niezależnie od wyglądu, ma w sobie ten czar, prawdziwy magnetyzm. Swego czasu, w wieku szkolnym też miała ogromną ilość kompleksów i ograniczeń, które sama sobie w głowie stworzyłam. Zdecydowanie nie służyło mi to dobrze ani w sferze fizycznej ani psychicznej. Wreszcie wyluzowałam i to jest coś wspaniałego. Polecam wyluzowanie każdemu! :) To w naszych głowach leży to, jak reagujemy na daną sytuację, na samych siebie czy to, co nas spotyka. To my wybieramy to, jaki mamy stosunek do otaczającego świata i samych siebie. Jest zima, to musi być zimno. Jest szaro, buro i ponuro, to suplementujmy sobie witaminę Słońca (D3) i poczujemy się lepiej. Leje kolejny dzień i co z tego, przynajmniej rośliny mają co pić. To od nas zależy czy wdajemy się w szarpaninę emocjonalną, rozpamiętywanie, urazy i żale czy luzujemy i pozwalamy, by pewne aspekty przestały nas dotykać i zaczęły spływać, jak woda po kaczce. To nie świat się na nas uwziął. To myśmy uwzięli się sami na siebie. I bardzo dobrze, bo to oznacza, że to my właśnie możemy się "od - uwziąć" i wyluzować :). No i co z tego, że przybyło nam parę kilogramów - jest przynajmniej więcej do kochania. I co z tego, że mamy mysie włosy, za siwe, za żółte, za rude... ale to jest nasz naturalny kolor, który nas wyróżnia i w którym jest nam najbardziej do twarzy. I co z tego, że w pewnym wieku, jak to mówi mój mentor dr Wayne Dyer, włosy przestają rosnąć na głowie, a zaczynają rosnąć w uszach :). I co z tego, że z czasem piersi wdają się w szalony wyścig, która pierwsza dosięgnie pępka. I co z tego, że nie mamy modnych ciuchów, skoro być może właśnie w tym starym wyciągniętym swetrze jest nam najwygodniej. I CO Z TEGO?! Nic, pod warunkiem, że sami nie robimy z tego wszystkiego wielkiego i przeszkadzającego COSIA. Bo, jak robimy, to ten przeszkadzający COŚ w naszej głowie (W NASZEJ GŁOWIE), w naszym wyobrażeniu zaczyna rosnąć w siłę i staje się jeszcze bardziej przeszkadzający. To na czym skupiamy naszą uwagę wzmacnia się energetycznie, a to przed czym uciekamy jeszcze bardziej nas goni. Dlatego zanim owy COŚ przekształci się w wielkiego potwora (W NASZEJ GŁOWIE) po prostu odpuśćmy i pozwólmy mu zniknąć. Nadmierne kilogramy czy siwizna nie znikną w ten sposób, ale my zyskamy dobre samopoczucie, pewność siebie i może nawet zdolność śmiania się z własnych "zmarszczek". OK, zapewne w tym momencie znajdzie się ktoś, kto powie, że w jego trudnej sytuacji ciężko jest się śmiać, wyluzować czy odpuścić. Czasem każdy ma trudne chwile, ale to w dalszym ciągu i zawsze zależy od nas, jak te chwile odbieramy, jaką nadajemy im moc oraz jakie znaczenie ma nasze życie.


0 komentarze: