Strona ta wykorzystuje pliki cookies w celu realizacji swoich usług i funkcji zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz samodzielnie dostosować warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Zjednoczenie poprzez uleczenie wewnętrznego dziecka

Leżę na plaży, wygrzewając się w promieniach słońca. Słyszę szum morza przerywany od czasu do czasu wołaniem mew. Ogarnia mnie wewnętrzna cisza, spokój, relaks. Czego chcieć więcej? Można by rzec – niczego, przecież jestem szczęśliwa. I tak faktycznie jest. Tu i teraz jestem szczęśliwa. Rozpływam się i rozkoszuję chwilą. Jednak jednocześnie czasem włącza się inna część mnie, inna twarz, inny program. Nieświadomie, a niekiedy świadomie, uciekam w przeszłość bądź przyszłość. Rozpamiętuję, myślę, wspominam. Zastanawiam się, zamartwiam, gdybam, planuję... Dobrze wiem, że przeszłości nie mogę już zmienić, a na przyszłość składa się tak wiele zmiennych... Na niektóre z tych zmiennych nie mam wpływu, a jednak rozmyślam, planuję. Zatracam się w tym. Tracę dużo czasu, energii i emocji, ale przede wszystkim tracę kontakt z rzeczywistością i z własnym życiem. A skoro nie ma mnie w moim własnym życiu, to nie mam na nie wpływu, odbieram sobie radość z chwili, w której jestem. Dlaczego się tak dzieje? Po co ta ciągła ucieczka czy też gonitwa za czymś innym niż mam? Przecież coś, za czym bardzo gonię, coraz szybciej ode mnie ucieka. Natomiast to, przed czym uciekam, jeszcze szybciej mnie goni.

Decydując się na przyjście na Ziemię, zdecydowałam się doświadczać, by się rozwijać. Czy aby na pewno „się rozwijać”? A może jednak po prostu po to, by poznawać siebie i stopniowo odkrywać, że już jestem w pełni rozwinięta i światła. Odkrywać tę boskość w sobie i dookoła siebie. Boskość, z której każdy się wywodzi i którą każdy jest. A co z tak zwanymi „młodymi duszami”, które ogromną wagę przykładają do codzienności, materialności i swojej aparycji? Co z przestępcami, ludźmi, którzy stoczyli się na samo dno nałogu, co z osobami wyrafinowanymi i manipulującymi? Mówi się, że oni muszą wiele doświadczyć, by się „rozwinąć duchowo”. Według mnie po prostu niekiedy potrzebują więcej czasu i doświadczeń, by dotrzeć do swojej prawdziwej istoty. W głębi serca czuję, że podział na młode i stare dusze, to tylko kolejny program, stworzony przez ludzi, którzy tłumaczą i uzasadniają wyższość jednych nad innymi. To tłumaczenie i zagłuszanie własnych wyrzutów sumienia i wewnętrznego dyskomfortu w związku z brakiem zrozumienia czy zaburzoną relacją z tymi tak zwanymi „młodymi duszami”. To tak, jakby hierarchizować bogów i boginie czy anioły, że ktoś z nich jest lepszy, a ktoś gorszy. A przecież wszyscy pochodzimy z tego samego źródła. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy mamy to samo wielkie zadanie – poznać siebie. Poznając siebie odkrywamy swoje talenty, pasje, powołanie. Nie musimy rozwijać się duchowo, ponieważ jesteśmy już w pełni rozwinięci. Musimy jedynie odkryć siebie, uwierzyć, że możemy być szczęśliwi i, że to my kreujemy własną rzeczywistość.

Część I. Dom

Jestem małą dziewczynką, stojącą sama pośród ludzi. Obcych a bliskich, bliskich a obcych. Jestem obca sama dla siebie i samotna w środku. Patrzę na tych bliskich obcych, wpatruję się, a moje oczy, moja dusza wołają o ciepło, o miłość. Stoję tak, a wszyscy gdzieś idą, pędzą, obecni, ale nieobecni – myślami w innym świecie, w inne rzeczywistości. Mijają mnie, często nawet nie zauważając. Czasem ktoś szturchnie, popchnie i idzie dalej. A ja tak stoję, coraz mniejsza i coraz bardziej samotna.

Czuję się samotna. Dobrze znam to uczucie. Wcześniejsze obrazy z dzieciństwa, kiedy byłam malutka, pokazują mnie leżącą samotnie w wielkim drewnianym łóżeczku, w nowym, wciąż jeszcze nieznanym świecie. Czuję się naga i bezbronna. Boję się, ponieważ jestem sama w wielkim świecie i otaczają mnie nowe, dziwne, czasem straszne dźwięki, nowe zapachy i obrazy. Niech mnie ktoś przytuli! Wołam... ale nikt nie słyszy. A może nie chce słyszeć, pochłonięty własnymi sprawami. Tak, opiekują się mną – jestem najedzona, przewinięta i ... niezauważana. Jestem spychana na dalszy plan. Na plan, dla którego już nie starcza czasu i zainteresowania moich bliskich obcych. Dlaczego? Dlaczego ja? Co takiego zrobiłam źle? Czuję się coraz mniejsza i mniejsza. Czuję się winna. Myślę, że to moja wina, że mnie nie przytulają, nie okazują miłości, dumy, zadowolenia. Czy oni mnie kochają? A może nie jestem wystarczająco dobra? Może nie jestem wystarczająco grzeczna? Może nie jestem wystarczająco mądra czy ładna? Nie chwalą mnie, nie okazują dumy i zadowolenia. Pewnie nie spełniam ich oczekiwać, bo widocznie jestem za słaba, wybrakowana, niepełna. Czy już nikt mnie w życiu nie pokocha, skoro moi bliscy mnie odrzucają? Czy już zawsze będę ta gorsza, brzydsza? Czy już zawsze będę ofiarą?

Patrzę teraz z boku na swoje życie. Cofam się szybko, wzlatuję w górę, aby wyjść ze sceny swojego własnego życia i zobaczyć wszystko z boku. Nabieram dystansu, jakbym oglądała film w kinie. Widzę siebie nieszczęśliwą, umęczoną, zalęknioną. W dorosłej kobiecie widzę małą, kruchą i opuszczoną dziewczynkę. Robi mi się jej bardzo żal, aż łzy same cisną mi się do oczu. Spontanicznie przytulam ją mocno do siebie. Trzymam tak długo, aż wypłaczę z siebie cały żal i smutek. Trzymam, przytulam i ... płaczę. Bardzo kocham tą małą dziewczynkę.

Jest mi coraz lżej i czyściej w środku. Moje niebo, moje serce, moja twarz zaczynają się przejaśniać. Wreszcie jestem wolna! To cudowne uczucie. Patrzę na małą dziewczynkę, którą przytulałam, w jej wielkie oczy i przesyłam jej dużo miłości. Miłości, której tak bardzo jej brakowało. Miłości, która oczyszcza, ulecza, wypełnia pustkę, ogrzewa. TEJ Miłości, której brakowało mi przez całe życie, a co dawno temu wyparłam ze świadomości. Tej miłości, która pozwoli mi iść dalej na przód, aktywnie przez własne życie, wreszcie żywa i wolna.
Moje pole, moja przestrzeń porządkują się i powracają do swego zdrowia i piękna. Oczy małej dziewczynki są coraz pewniejsze siebie i odważniejsze. Odzyskałam dziecięcą radość, śmiałość i energię. Z radością małej dziewczynki poznaję świat i w pełni przeżywam każdy dzień. Znów bawię się każdą chwilą, nieskrępowana i wolna. Tak, jestem wolna i jestem żywa! :) Czuję w sobie dużo wolnej przestrzeni i rozluźnienie. Jestem lekka, radosna, moja dusza tańczy i śpiewa. Jestem wolna i jestem żywa. Patrzę z miłością i zrozumieniem na siebie, na swoje życie. Już nie muszę być w roli ofiary. Już nie muszę być smutna i samotna. Już nie jestem opuszczona. Odnalazłam i pokochałam siebie. Pokochałam siebie taką, jaką jestem. Właśnie taką. Przytuliłam siebie mocno i otoczyłam ciepłem. Pozwalam sobie być wolną i radosną. Pozwalam sobie, by z dziecięcą lekkością cieszyć się każdym dniem. Pozwalam sobie kochać i być kochaną. Pozwalam sobie być szczęśliwą i wolną. Pozwalam sobie żyć!

To cudowne uczucie. Stworzyłam sobie mocne i stabilne podstawy, by iść pewnie przez życie. By iść z podniesioną głową. Daję sobie prawo i możliwość, by silnie, z odwagą i pewnością siebie kroczyć każdego dnia. Daję sobie siłę i odwagę, by kreować swoją rzeczywistość, by tworzyć swój świat.


Część II. Pole

Jestem teraz silna i gotowa, by zrobić kolejny krok. Patrzę w przeszłość na pokolenia za mną. Patrzę na moich rodziców, dziadków, pradziadków. Patrzę z perspektywy, obiektywnie, a kolejne sceny z filmu mojego życia przesuwają się przed moimi oczami. Patrzę z głęboką miłością i zrozumieniem. Widząc teraz cały obraz danej sytuacji zaczynam rozumieć zachowanie moich bliskich. Widząc dzieciństwo moich rodziców, ich relacje z rodzicami, rozumiem już kwestie, których wcześniej nie rozumiałam. Widzę pewne podobieństwo w zachowaniu, reakcjach, myśleniu przenoszone z pokolenia na pokolenie. Moi rodzice i ich rodzice też nie otrzymali wsparcia i miłości w dzieciństwie. Też byli samotni, niezrozumiani. Co więc mogli mi innego przekazać, skoro sami nie zdali sobie sprawy z sytuacji?

W wielu sytuacjach życiowych zauważam nawet podobieństwo w moim zachowaniu do zachowania moich bliskich. O zgrozo, to zachowanie, które kiedyś mnie tak denerwowało widzę też u siebie, choć może w nieco zmienionej formie. Widzę je teraz, bo patrzę z pewnej perspektywy, z dystansu. A kiedyś, jak mnie denerwowało, to nie widziałam tego u siebie. Mimo, że to właśnie moi bliscy swoim zachowaniem pokazywali mi mnie samą. Moi bliscy byli, są i będą moim lustrem. A ja jestem lustrem dla nich. Obserwując rodziców odbierałam ich zachowanie w sposób subiektywny i wnioskowałam, że oni mnie nie akceptują. Teraz widzę, że oni swoim zachowaniem nieświadomie pokazywali mi, że to ja sama siebie nie akceptuję. To właśnie dlatego muszę zacząć od pokochania, zaakceptowania, wspierania i zjednoczenia siebie. Osiągając ten stan stanę się nie tylko wzorem i przewodnikiem dla bliskich, ale także zmobilizuję ich proces jednoczenia i poznawania siebie. Oni przecież są i będą moimi lustrami, więc jeśli ja będę przepełniona miłością i akceptacją, to oni też zaczną to pokazywać. Relacje w rodzinie są jak domino. Czasem jeden klocek ma destrukcyjny wpływ na klocek obok, rozpoczynając niszczącą falę. Widzę, że wielokrotnie zachowywałam się tak, jak moi rodzice, a oni tak, jak ich rodzice. Widzę też, że w tym zachowaniu nie ma indywidualności danej osoby. Jest tylko prosty schemat, powtarzany z pokolenia na pokolenie. Bezmyślny, czasem po prostu niczym nieuzasadniony i głupi... ale skoro nie umie się inaczej, to myśli się, że tak jest właściwie. W głębi serca czując, że robię coś, w czym nie ma mnie, ogarniała mnie frustracja, rozdarcie, złość, przygniecenie, lęk... Wraz z takim nie moim zachowaniem zawsze szły w parze nieprzyjemne uczucia. Nigdy natomiast nie poczułam radości, spokoju, ciepła, rozluźnienia, bezpieczeństwa i miłości. Nigdy nie byłam pewna, czy postępuję właściwie. Teraz to widzę i rozumiem. Widzę to samo w zachowaniu moich bliskich i wreszcie ich rozumiem. Teraz mogę spojrzeć na nich dogłębnie i całkowicie z miłością, zrozumieniem i współczuciem, gdyż oni także nie wiedzą, co czynią. Oni także głęboko w środku przeżywają te same nieprzyjemne uczucia, które ja przeżywałam. Oni także są więźniami schematów myślowych i wzorców zachowań, zupełnie nie zdając sobie sprawy. Rozumiem, współczuję i wybaczam! Widzę i rozumiem to błędne koło.

Ale widzę też, że taką destrukcyjną falę domina można odwrócić. Można pchnąć domina w drugą stronę, rozpoczynając lawinę wzajemnie pokazywanej i przekazywanej miłości i akceptacji. Jestem wolna od żalu, złości, poczucia winy. Wybaczam bliskim za mną, patrzę na nich z miłością, wyrozumiałością i zrozumieniem. Oddaję im to, co ich, a biorę to, co moje. Jestem wolna i jestem żywa. Pole porządkuje się. Las i rzeka uspokoiły się, a mój dom wibruje i promieniuje słońcem. Pole porządkuje się i powraca do swego zdrowia i piękna.


Część III. Jedność

Miałam sen. Byłam w nim lekka, wolna, radośnie tańcząca w przestworzach. Wszędzie otaczało mnie jasnożółte światło, otulające mnie i wypełniające. Całkowicie oddana byłam temu tańcowi, wolna od myśli, problemów, zmartwień. Miałam poczucie, że wszystko w moim życiu dzieje się samo, nie wymaga mojej kontroli czy interwencji, a ja jestem wolna, wypoczęta, tańcząca w przestworzach, jak piórko na wietrze.

Otworzyłam oczy. Znów jestem w moim życiu, w moim świecie. Jest to już uporządkowany świat, w którym jestem WOLNA i ŻYWA. Mogę teraz spokojnie odkrywać i poznawać samą siebie, moją prawdziwą twarz.

Jest to coś nowego, niezwykłego, nieznanego, ale po to tutaj właśnie jestem. Trochę się boję, co odkryję. A co, jeśli moja prawdziwa twarz mi się nie spodoba? A co, jak nie spodoba się moim bliskim? Nie wiem, co wtedy, ale wiem jedno. Poznając siebie zacznę postępować w pełni w zgodzie ze sobą, a wtedy będę szczęśliwa i silna. Myślę, że moi bliscy widząc mnie taką zrozumieją moją prawdziwą naturę i zaakceptują ją. Ci więcej, może natchnie ich to do własnego odkrywania siebie...

Jestem otwartym obserwatorem siebie. Od kiedy stworzyłam przestrzeń do poznawania siebie pokazują się moje różne emocje i uczucia. Są te przyjemne, jak miłość, radość, ale są też te trudne, jak złość, smutek, zawiść. Ogarnia mnie wstyd i irytacja, że mam w sobie tyle trudnych emocji, a przecież tak dużo „pracuję” nad sobą. Owa zawiść i irytacja pojawiała się tak długo, aż odkryłam, że „pracować” to można nad stworzeniem czegoś, a ja już jestem w pełni stworzona. Co więc, jestem stworzona przez Boga, na jego wzór i podobieństwo, a więc już jestem w pełni idealna i rozwinięta. Nie muszę już się ulepszać. Wystarczy, że odkryję, zobaczę tą boskość w sobie. Wystarczy, że przestanę się obwiniać za moje trudne emocje czy tak zwane wady i zjednoczę je wszystkie w sobie. Wszystko jest zmienne. Jedyne, co jest stałe we Wszechświecie, to zmiana. Nawet Bóg jest zmienny i pokazuje różne swoje twarze. Dlaczego ja nie mogłabym być zmienna? Otóż mogę być zmienna! Podążam za ogniem, który mam w sobie. Nie tłumię go, a jednoczę w sobie. Analogicznie postępuję z różnymi moimi twarzami – jednoczę je. Nie wykluczam, nie ukrywam moich ciemnych stron czy trudnych emocji. One są częścią mnie. To razem z nimi tworzę wspaniałą boską istotę i całość. Nie mogę pozbyć się części, gdyż wtedy moja istota nie będzie cała. Także jedyne, co muszę zrobić, to zjednoczyć wszystkie aspekty mojej osoby, aby uzyskać pełnię i harmonię. Jak to zrobić? Otóż zobaczyć, poznać siebie samą i otworzyć się na siebie taką, jaką jestem. Bez oceniania się, bez wartościowania. Pokochać siebie taką, jaką jestem. To cały sekret drogi, którą podążam. To właśnie jest przebudzenie, transformacja, oświecenie - poznać i pokochać siebie. To jest w zasięgu ręki każdego, wystarczy chcieć. To jest też w zasięgu mojej ręki. Sama kreuję swoją rzeczywistość. Wszystko w moich rękach. To ode mnie zależy, jak wygląda moje życie!
 
Drzewo Życia Adriany Karimy

0 komentarze: